Podróż sentymentalna - Góry Świętokrzyskie / Góry Pińczowskie / Ponidzie

01.05
2017
Kielce - Kielce Dąbrowa - Domaniówka (418m) - Masłów Pierwszy - Pasmo Masłowskie - Klonówka (473m) - Dąbrówka - Przełom Lubrzanki - Leszczyny - Cedzyna - Zalew Cedzyna - Domaszowice - Kielce Bukówka - Trawers góry Telegraf - Dyminy - Posłowice - Sitkówka - Bilcza - Morawica - Łukowa - Sobków - Motkowice - Imielin - Góry Pińczowskie - Pińczów - Pieczonogi - Skalbmierz - Piotrkowiece Małe - Raciborowice - Batowice - Kraków
Dystans: 210km / Przew.: +2050m / Czas: 3h50min / Vmax: 50km/h / Kalorie: 10 250kcal Skala trudności: P1/P2 Ślad GPS:


Wróć na stronę główną


Są takie miejsca i są takie chwile do których wracamy naszymi wspomnieniami często, i robimy to z przyjemnością. Takich wspomnień wiążących nas z ludźmi i emocjami, z czasem i przestrzenią z pewnością każdy nosi w sobie wiele. Ja również, jednym z nich są wspomnienia związane z dzieciństwem i z wakacjami spędzanymi u dziadków w Kielcach i w Górach Świętokrzyskich. Wspomnienia sprzed 25-30 lat, chwile, które minęły bezpowrotnie... Lato to dobry moment by je sobie przypomnieć i ruszyć w podróż sentymentalną.

W sobotę rano ruszamy do Kielc, pociągiem, zapowiadany InterRegio okazał się być taborem Kolei Świętokrzyskich. To ciekawe, że nowy tabor w stosunku do starego "kibla" jest co najmniej niewygodny, do tego brak w nim miejsc na przewóz rowerów (jest ich całe sześć).
Logowanie w centrum Kielc wcześnie rano, wciąż czuć poranny chłód, wszystko wokół zamknięte - kierunek Pasmo Masłowskie. W trakcie wakacji wiele razy pokonywaliśmy je pieszo, zawsze dłużyło się w nieskończoność, tym bardziej chciałem przejechać tę "kwarcową grań" na rowerze i to był strzał w 10! Wąska ścieżka wiodąca przez pasmo, którą zapamiętałem z dzieciństwa pozostała wąską ścieżką, nie rozczarowałem się. Tylko Diabelski Kamień okazał się być mniejszy i mniej straszny ;) Dojeżdżamy do przełomu Lubrzanki, w tym miejscu na szlaku dzieje się najwięcej. Następny punkt trasy to zalew w Cedzynie otoczonej Lasem Wolskim. Nie pamiętam ile razy brodziłem w nim "na golasa" :D z pewnością wiele. Tym razem nago się nie odważyłem, ale do wody wlazłem z przyjemnością. Tych kilka chwil spędzonych nad wodą pozostaje bezcenne, trzeba jednak ruszać w drogę, powrót przez wschodnią część Kielc trawersem Góry Telegraf.

Pierwotnie plan zakładał przelot przez Borków jednak popołudniowe burze zapowiadane na niedziele sugerowały wcześniejszy powrót do domu i zmianę trasy, a że do domu wracaliśmy na rowerach... Trzeba było brać dupska w troki, kierunek Góry Pińczowskie, miejsce noclegu. Około północy wtaczamy się na najwyższy szczyt, wznoszący się na całe 291m nad poziom morza! 110km w nogach, noc ciepła w okolicach 13-14*C. Krótki biwak pozwolił odzyskać część straconej energii oraz trochę odespać zarwaną poprzednio noc, niestety komary (a jest ich w ciul) spać nie poszły. Gdyby nie płyn ze środkiem DEET nad ranem znalezionoby pewnie nasze wyssane z krwi zwłoki. Niedziela to już morze asfaltu i walka z czasem w trakcie powrotu do Krakowa, nic ciekawego więc na tym całą opowieść zakończę. Finalnie wyszło 210km, 2050m+ i jakieś 10 000 wypalonych kalorii. Czy było warto? Było!







































Wróć na stronę główną


All web, foto & gfx Copyrights 2001-2017 by WZ